Wolna wola

Mateusz wrócił od Tomka jakiś nieswój.
– Co się stało? Pokłóciliście się? – spytała mama, widząc jego minę.
– Nie... U Tomka nie było rodziców, tylko jego starszy brat Kamil – wydusił z siebie Mateusz. – I Kamil powiedział, że mamy wolność. Powyciągał z szafek wszystkie słodycze, puścił radio na cały regulator i urządziliśmy sobie dyskotekę. Nawet się fajnie bawiliśmy, ale kiedy Tomek zrobił wymach nogą, jego kapeć uderzył w obraz i pękła szyba.
Mama złapała się za głowę.
– Na dodatek przybiegła sąsiadka i strasznie na nas nakrzyczała, bo obudziliśmy jej dziecko – westchnął Mateusz.
– A kiedy przyszła mama Tomka i zobaczyła, co zrobiliśmy, to już lepiej nie mówić.
– Gdyby wszyscy pojmowali wolność tak jak wy, na świecie byłby jeden wielki bałagan – stwierdziła mama. – Każdy robiłby to, na co ma ochotę, nie oglądając się na innych.
Mateusz spuścił głowę.
– Widzisz synku, człowiekowi czasem zdarza się pobłądzić. Pan Bóg wie o tym i dlatego postawił na jego drodze dziesięć drogowskazów.
– Przykazania?
– No właśnie. Kiedy nie wiesz jak postąpić, wystarczy je sobie przypomnieć i już wiadomo, że pewne ścieżki trzeba ominąć.
– Ale ksiądz mówił, że człowiek ma wolną wolę.
– Bo ma. Nie myśl, że zostaniesz porwany do nieba wbrew twojej woli. W swoich przykazaniach Pan Bóg pokazuje ci tylko, co jest dobre, a co złe. Wybór należy do ciebie. Zapytaj sam siebie, jak chcesz z tej wolności korzystać.


 


Nadaremno

– Matko Boska, mleko! – wrzasnęła ciocia Zosia, rzucając się gwałtownie w stronę kuchenki.
Na szczęście biały pióropusz unoszący się pospiesznie do brzegów garnka zatrzymał się.
– Uff – odetchnęła z ulgą. – Skaranie boskie z tym Tomkiem. Miał tu stać i pilnować, a włóczy się Bóg wie gdzie.
Ledwo wyrzekła te słowa, z korytarza dobiegł łomot przewracanego wiaderka. To Tomek usiłował cichutko przemknąć do swojego pokoju.
– Jezus Maria! – zawołała ciotka. – Spodnie rozdarte, bluza cała w błocie.
– Chciałem przywieźć świeże bułki na śniadanie. Jak Boga kocham! – tłumaczył się winowajca. – Pojechałem skrótem, żeby było szybciej, ale po deszczu zrobiło się tam strasznie ślisko...
Mama z tatą spojrzeli na siebie.
– Czy nie nadużywacie świętych imion? – chrząknął tato.
– O Jezu! Nie przesadzaj! – zbagatelizowała sprawę ciotka.
– Nie jestem Panem Jezusem – zwrócił jej uwagę tato.
Popatrzyła zdziwiona.
– Powiedziałaś: „Jezu, nie przesadzaj”.
– Naprawdę?
– Naprawdę – przytaknęli wszyscy.
– I to samo zaczyna robić Tomek – zauważyła mama.
– A cóż ja takiego powiedziałem? – wytrzeszczył oczy chłopak.
– Przysięgasz na Pana Boga, zupełnie bez potrzeby – wyjaśniła mama.
– Trzeba się kontrolować – dorzucił tato.
Mateusz z Gosią przysłuchiwali się temu uważnie. No tak, ksiądz też mówił o tym na religii. Tłumaczył, że nie należy wzywać imienia Pana Boga nadaremno. 



Ewa Stadtmüller
Rys. MOS